poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rozdział 4

Zeszłam na dół w weszłam do kuchni. Przekroczyłam próg i o mało nie dostałam zawału. Louis w samych bokserkach przygotowywał coś do jedzenia. Na szczęście był odwrócony plecami, więc mogłam się wycofać. Zrobiłam krok w tył, wyszłam z kuchni i schowałam się za ścianą. Na pewno nawet nie zauważył, że weszłam.
-Emily. Wiem, że to ty -jakim cudem mnie usłyszał. No nic musiałam mu się pokazać i z nim pogadać.
-No heej. -powiedziałam opierając się o framugę drzwi.
-Jak się wyspałaś? -ok coś to nie gra. On nigdy nie był taki miły dla mnie. Co się musiało stać.
-Louis co ci się stało. -nie jestem pewna czy dobrze zrobiłam pytając go o to...
-Co mi się stało? -powtórzył ironicznie i odwrócił. Miał nóż w ręku więc robiło sie dość niebezpiecznie. - Skrzywdziłaś mnie tym co wczoraj powiedziałaś, ale należało mi si. Byłem zbyt napalony. Przepraszam. -kamień spadł mi z serca. Myślałam, że będzie gorzej.
-Nie Lou to ja Cię przepraszam nie powinnam...-w sumie to trochę mi go było żal, ale jak sam powiedział należało mu się.Ale jednak mi się wydają, że skrzywdziłam go bardziej tylko on chce udawać twardziela. Jednak za bardzo mu wczoraj pojechałam. Ale sam tego chciał. Chyba jednak lepiej jest kiedy przyjeżdża z nim Sophia. Ona może go zaspokoić seksualnie i wtedy Lou nie jest taki napalony.
-Zjesz ze mną? -zapytał po jakimś czasie.
-No wiesz...skoro już tu jestem. -odpowiedziałam uśmiechając się pogodnie
Na śniadanie zjedliśmy jajecznicę. Na śniadanie zjedliśmy jajecznicę. Była naprawdę smaczna.
-Ok. To ja wychodzę. -powiedział chłopak i wyszedł trzaskając drzwiami.
Niedługo potem zostałam w domu sama. Ale ze względu iż ponieważ miałam dzisiaj wielkiego lenia i nie chciało mi się nic robić poszłam do "siebie" i położyłam się na łóżku.Myślałam, że zasnę. Zamiast tego przewracałam isę tylko z boku na bok nie wiedząc co z sobą zrobić. W końcu pomyślałam, że chciałam ostatnio trochę ogarnąć ten dom. Więc czemu nie dzisiaj? Tylko gdzie ja chciałabym pójść....Jest takie miejsce. To zabrzmi dziwnie, ale chciałabym zobaczyć strych. Wiem że tutaj kiedyś mieszkała rodzina Louisa. Byli to cudowni ludzie. Znaczy formalnie to znam tylko rodziców Tomlinsona, ale z tego co mi opowiadał cała rodzinka była pozytywnie stuknięta. Wszyscy mieli fioła na punkcie sztuki. Ale to od początku.
Kiedyś jak jeszcze byłam z Lou przyprowadził mnie tutaj po raz pierwszy. Dom był zupełnie inaczej urządzony. Był tak samo wielki jak teraz(a może nawet większy). Mieszkali tu jego rodzice i dziadkowie. Poznał mnie z nimi. Byli to naprawdę fajni ludzie. Bardzo rozmowni. Milo nam się rozmawiało. Spędziliśmy cały wieczór rozmawiając o dawny i teraźniejszych zainteresowaniach rodziny Tomlinsonów Dowiedziałam się że dziadek Louis grał na fortepianie. Nawet zagrał nam fragment żołnierskiej piosenki. Natomiast jego babcia umiała lepić z gliny różne cuda. No właśnie. Umiała. Niedługo potem zmarła. Po tym wydarzeniu dziadek Louisa się załamał. Kilka tygodni później wylądował w szpitalu. Miał zawał. Również zmarł. Od tego momentu bywałam w ich domu częściej. Jednak już niegdy nie było jak wcześniej. Nie jadaliśmy wspólnych kolacji z rodzicami Lou. Siadywaliśmy tylko przed telewizorem albo rozmawialiśmy w jego pokoju. Jego mama siedziała zamknięta w swojej pracowni w piwnicy i pisała. Uwielbiała pisać. Nawet wydała kilka książek.Natomiast jego ojciec zamykał się na strychu i malował. Potrafił tam siedzieć godzinami i malować. malował wszystko i wszystkich. Pół roku temu zmarł na raka. Matka Lou wyjechała a on został totalnie sam. Dom był caly jego. Nie miał wyboru i musiał tam zamieszkać. Wyremontował całe wnętrze i próbował żyć normalnie. Było to trudne, ale z czasem dawał radę.
 Jak prześledziłam te wspomnienie przypomniałam sobie,że ojciec Louisa malował na strychu. Zakładam, że Louis nie zaglądał tam dawno czyli sztaluga i farby powinny tam jeszcze być. Muszę iść to sprawdzić.
 Wstałam wyszłam z pokoju i poszłam szukać schodów na strych. Po dziesięciu minutach znalazłam je na samym końcu korytarza. Wyszłam po nich i chwilę potem stałam już w pomieszczeniu oświetlonym słońcem i pełnym różnych rupieci. Od razy wzięłam się za poszukiwania. Przeszukałam połowę rzeczy i nie znalazłam nic co mogłby należeć do ojca Louisa. Natomiast natknęłam się na interesujące pudło z papierami. Były tam wszystkie pozwolenie na budowę i ogólnie dokumenty związane z domem. Były też ręczne zapiski. Zapewne dziadka Lou. Zabrałam kilka ciekawszych dokumentów i parę zdjęć, żeby je później obejrzeć i wróciłam do poszukiwań sztalugi. Znalazłam ją dopiero po przeszukaniu dokładnie wszystkich rzeczy. Była oparta o ścianę a obok niej stał szereg płócien. Osiadła na nich gruba warstwa kurzu. Z resztą tak samo jak ma mnie. Obejrzałam się na pomieszczenie i zauważyłam, że oślepiającą jasność sączącą się z okien zmąciła warstwo kurzu którą zapewne wzbiłam przechadzając się pomiędzy stertami rupieci. Zabrałam ją i z trudem zeszłam na dól. Wróciłam na strych po płótna. Zaniosłam wszystko do pokoju. Stanęłam przed lustrem. Byłam cała od kurzu. Od włosów po czubki stóp. Poszłam do łazienki żeby wydmuchać z włosów kurz i umyć się pod prysznicem. Chwilę potem już stałam przy sztaludze i zastanawiałam się co namalować...
-------------------------------------
Rozdział czwarty z bardzo dużym opóźnieniem. No niestety tak się złożyło, że komputer musiał jechać do naprawy. Ale teraz już wszystko jest w jak najlepszym porządku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz